Łabędzi lot Damroki

(wg Romana Landowskiego, Łabędzi lot Damroki str.18 Wyd.Morskie, Gdańsk 1989):

O  księżniczce pomorskiej z Chmielna, Damroce, krąży wiele podań. Ludowa fantazja skutecznie konkuruje z domysłami historyków.

Oto jedna z baśniowych opowieści.

Po utracie męża Subisława, który był synem księcia gdańsko-pomorskiego, młodziutka Damroka dobrowolnie skazała się na osamotnienie, by resztę życia spędzić z dala od ludzi. Gdy dotarła do niej wieść, że Subisław nie powrócił z wyprawy krzyżowej, czekała nań przez dwa lata, a potem uznała go za jedną z wielu ofiar zbrojnej krucjaty. Wprawdzie żaden z rycerzy, którzy powrócili, nie potwierdził jego śmierci, ale Subisław mógł nie zauważony zginąć w bitewnym zamęcie albo umrzeć złożony ciężką niemocą. Tak wiele chorób zbierało straszne żniwo na wschodnich szlakach rycerskich wypraw.

Tak więc Damroka, uznawszy się za wdowę, przeniosła się do grodu w Chmielnie, nadanego jej przez ojca Świętopełka. Miejsce to było doskonałe na samotnię. Położone między dwoma jeziorami, otoczone wzgórzami i lasami, z dala od traktów trwało w niezakłóconej ciszy wśród delikatnego szumu fal, szmeru wysokich sosen i szeptów przybrzeżnych szuwarów.

Świętopełkowa córa miała nadzieję, że zazna tam ukojenia, którego tak bardzo pragnęła.

Na ojcowskim dworze czuła się źle. Nie mogła się pogodzić z podstępnymi i obłudnymi knowaniami Świętopełka przeciw książętom piastowskim. Poza tym książę ojciec, chociaż przyjął chrzest, nadal utrzymywał na dworze kilka żon i jawnie tolerował bezbożne zwyczaje i obrzędy, sam uczestnicząc w pogańskich wiecach.

Damroka zawarła z Subisławem chrześcijańskie śluby małżeń­skie. Niestety wkrótce jej małżonek, nie nacieszywszy się młodą i piękną żoną, udał się wraz z całą drużyną na świętą wyprawę. To ją poróżniło z ojcem, który wypominał gorliwość zięcia wobec nowej wiary. Gdy Subisław z krucjaty nie powrócił, stary książę uczynił odpowiedzialną za tak wczesne wdowieństwo samą Damrokę. Uważał, że obowiązkiem młodej żony było zatrzymać męża przy sobie, póki nie doczekają się potomka, który przedłużyłby linię książęcego rodu. Teraz książę Świętopełk namawiał córkę do rychłego ponownego zamążpójścia.

Mając dość atmosfery gdańskiego dworu ojca, Damroka wybrała na swą samotnię chmieleński gród, gdzie postanowiła spędzić resztę swego życia nader skromnie, rezygnując z dworskiego przepychu, w którym nigdy nie gustowała. Odtąd były z nią tylko niezbędne służebne, zatrudnione przy wykonywaniu codziennych porządków. Dla ochrony zatrzymała zaledwie dwóch wojów, zdolnych raczej do polowania na dziką zwierzynę niż do walki z wrogimi przybyszami.

W najbliższym otoczeniu księżniczki znajdowała się także Darosława, jej piastunka i zaufana powiernica.

Darosława również była chrześcijanką, jednak z oporem wyzbywała się starych praktyk: warzenia ziół, zaklinania, wyzwalania tajemnych mocy. Szlachetna, oddana, przywiązana do swojej pani Darosława umilała jej długie godziny ciekawym bajaniem. Potrafiła nie tylko opowiadać stare baśnie, lecz i życiorysy świętych. Znała szczegóły z misyjnej wyprawy biskupa Wojciecha, którego postać i czyny sprzed ponad stu lat były ciągle jeszcze świeże w umysłach ludzi. Snuła też rycerskie opowieści z życia pomorskich książąt. To ona, stara służebna, wierna Damroce od chwili jej urodzin, zaznajamiała ją z dziejami przodków, mówiła o ich przyjaźni z piastowskimi Bolkami. Opowiadała również o duńskich wyprawach, o swarach pomorskiego rycerstwa… Był na to czas w długie wieczory i dni, kiedy Damroka przesiadywała przy kołowrotku.

Tak płynęło im życie w skromnych izbach chmieleńskiego grodziska. Rzadko trafiał tutaj jakiś gość. Czasami zdarzało się, że poprosił o wsparcie wędrowny żebrak albo zapytał o nocne schronienie kupiec, zbłądziwszy na szlaku bocznych dróg, wybranych dla bezpieczeństwa. Poza tym nikt nie odwiedzał samotni Damroki. Bywało, że zjeżdżał tu na kilka dni książę ojciec, na łowy wraz ze swoją drużyną. Po udanym polowaniu wracał jednak zaraz do Gdańska, czyniąc zawsze córce jakieś uwagi na temat jej dziwnego upodobania do życia w samotności. Pogańską naturę ojca drażnił widok izby modlitewnej, w której znajdował się tylko wielki krucyfiks i stara drewniana figura Matki Bożej. Dostała ją Damroka od swojej prababki Sławiny. Izbę zdobił leżący na kamiennej posadzce niewielki, lecz piękny dywanik, utkany własnoręcznie na krosnach i podarowany jej przez krewniaczkę Zwinisławę, córkę dobrego władcy Grzymisława z nadwiślańskiego Świecia.

Przykre cechy charakteru księcia Świętopełka — pycha, władczość, brutalność — wyciszały się, kiedy patrzył na pobliskie dwa jeziora i wzgórza wzniesione nad lasem. Mówił wówczas z zachwytem:

  • Piękne miejsce na świątynię Swaroga. Zbuduję tutaj kątnicę.

Minął rok, lecz budowy nie zaczęto. Damroka nie dziwiła się temu, zbyt dobrze znała ojca. Świętopełk nie czcił ani Swaroga, ani Chrystusa. Nowej wiary nie przyjął, a o dawnej zapomniał.

Płynęły więc dalej spokojne dni Damroki. Jedna po drugiej przemijały niczym nie mącone chwile.

Wieść o obecności w tych okolicach pięknej i młodej wdowy rozeszła się po sąsiednich grodach. Roznosili ją rzadko tu zaglądający, ale zachwyceni gościnnością wędrowcy. Poza tym książę Świętopełk lubił się chwalić przed gośćmi swoją żyjącą w samotni córką.

Któregoś dnia do grodu w Chmielnie przybył konny posłaniec.

  • Do księżnej Damroki, pani na Chmielnie, od Hermana, wasala margrabiego…
  • Do mnie? — przerwała księżniczka, nieco dotknięta zbyt śmiałym tonem przybysza. — W jakiej sprawie?
  • Pan mój zapytuje, kiedy zechcesz go, pani, przyjąć w swoich odludnych progach.
  • Słyszałaś, Darosławo? — zwróciła się do swojej powiernicy. — Jakiś Herman zmusza mnie do przyjęcia jego odwiedzin!
  • I zaraz rzekła do posłańca: — Powiedz swojemu panu, że nie przyjmuję żadnych gości i sama też nie zamierzam nikogo odwiedzać. Tak postanowiłam przed kilkoma laty.

Gdy ucichł tętent konia i jeździec zniknął jej z oczu, Damro­ka odeszła od okna.

  • No, pomyśl, Darosławo! Jakiego doczekałyśmy się zuch­walstwa!

Stara opiekunka uśmiechnęła się gorzko.

  • To Brandenburg — odrzekła. — Pewny swego. Sadowią się na pomorskiej ziemi jak na swojej. Mam złe przeczucia.

Trzeciego dnia po odprawieniu posłańca, na drodze prowa­dzącej do grodu zadudniły kopyta kilku koni.

Damroka podbiegła do okna.

  • Czyżby nowy wielbiciel się pojawił? — zażartowała.
  • Odwiedziny tych nieproszonych gości przysporzą ci, pani, tylko zmartwień — odezwała się Darosława marszcząc czoło.

Zamierzała coś jeszcze mówić na ten temat, ale do komnaty wpadł uzbrojony posłaniec. Barczysty, z zarośniętą twarzą.

  • Przybywam od pana naszego Hermana do Damroki, pani tego grodu.

Chmieleńska księżniczka stłumiła gniew.

  • To ja jestem — odezwała się godnie. — Nie powinnam cię wysłuchać, zuchwalcze, ale skoro już wtargnąłeś, to mów, z czym przybywasz.
  • Łaskawa pani, udasz się z nami!
  • Jak to?! Przed trzema dniami odprawiłam już podobnego natręta od twojego pana. Precz mi z oczu! Nie potrafisz uszano­wać samotności niewieściej?
  • Przykro mi — odparł przybysz. — Tamten posłaniec, o którym wspomniałaś, pani, został wtrącony do lochu za to, że nie sprostał nakazanej misji. Mój pan nie oczekiwał takiej odpowiedzi. Daruj więc, pani, ale nie chcę podzielić jego losu. Nie chcę trafić do lochu. Muszę wypełnić nałożone na mnie zadanie.
  • Twój pan, Herman, to chyba szaleniec.
  • Nie prowadzę rozmów o moim panu — odrzekł szybko posłaniec. — Pani, nie chcę nalegać, ale okryj się podróżną sza­tą i bądź łaskawa usłuchać rozkazu mojego pana.
  • Jeżeli twojemu rycerzowi tak bardzo zależy na tym, aby mnie ujrzeć, niech sam tu przybędzie.
  • Pan Herman oczekuje ciebie, pani, w swoim zamku. — Twarz posłańca pozostawała niewzruszona. — Dogląda przygo­towań na twoje przybycie.
  • Nie zmienię zdania. Nigdzie nie pojadę.
  • Przykro mi, pani… — Posłaniec znakiem ręki przywołał czterech wojów czekających cały czas w sieni.

Wpadli do komnaty, nie śmiąc podnieść oczu na Damrokę. Ujęli księżniczkę pod ramiona. Jeden z nich zastąpił drogę Darosławie, która zamierzała stanąć w obronie swojej pani.

Damroka została wyprowadzona pośpiesznie na dziedziniec, posadzona na konia i uprowadzona.

Droga była daleka. Orszak przybył na miejsce o zachodzie słońca. Pani z Chmielna ujrzała niewielki, lecz dobrze chroniony zamek, zbudowany nad jeziorem, chełpiący się warownym murem i czterema basztami w każdym narożu wysokiego czworo­boku. Wiedziała, że jest w zachodniej części Pomorza, opano­wanej przez margrabiów Marchii Brandenburskiej.

Przybycie Damroki spowodowało znaczne zamieszanie. Służ­ba krzątała się w pośpiechu, a posłaniec, który księżniczkę up­rowadził, zawiódł ją do obszernej, widnej komnaty na najwyż­szym poziomie baszty.

  • Rozgość się, pani. Czuj się tutaj swobodnie. W tych kuf­rach znajdziesz wszystko, co zechcesz, wszystko, co będzie ci potrzebne. Nie spotka cię tu żadna krzywda. Możesz być spo­kojna.

Po chwili wrócił z dziewczyną o długich jasnych włosach i smutnej twarzy.

  • To jest Rosanna. Będzie twoją służebną. Spełni każde po­lecenie. Po wieczerzy nasz pan powita cię, pani, osobiście.

Gdy posłaniec opuścił komnatę, służba zaczęła wnosić posi­łek. Niebawem stół zapełnił się jadłem na srebrnych tacach, owocami i pucharami z winem.

  • Nie będę jadła — odmówiła Damroka.
  • Niedobrze, pani — szepnęła Rosanna. W jej jasnych oczach malowało się współczucie. — Nasz pan, Herman, nie lu­bi odmowy.

Po godzinie zjawił się Herman. Był to postawny rycerz, na którego twarzy blizny znaczyły wojenną przeszłość.

Skłonił się z szacunkiem, po czym odprawił służebną.

  • Cieszę się, że miałaś, pani, dobrą podróż i że mogę cię og­lądać w moim zamku.
  • Nie podzielam twojej radości — odparła twardo Damro­ka.
  • Czy zmęczenie podróżą odebrało ci apetyt, pani? — zanie­pokoił się Herman widząc nie tknięty posiłek.

Damroka nie odpowiedziała.

  • Kazałem przygotować najprzedniejsze jadło — ciągnął ry­cerz. — Pieczone bażanty, kurczęta nadziewane owocami i szla­chetne wina, najdelikatniejsze, jakie mam w swoich piwnicach.

 

Księżniczka nadal milczała spoglądając w okno.

  • A może gardzisz, pani, moim poczęstunkiem?
  • Tak, właśnie — Damroka odwróciła się nagle z gniewnym błyskiem w oczach. — Tak jak gardzę tobą, zuchwalcze!

Na twarzy Hermana drgnęły mięśnie.

  • Nie powiedziała mi tego jeszcze żadna białogłowa. Ale wybaczam ci ten gniew, pani.
  • Powiedz, jak mam rozumieć twój niecny uczynek! Czy go­dzi się napadać na niewiastę? — zapytała Damroka.
  • Winna temu twoja samotność, pani — odpowiedział spo­kojnie rycerz. — I wieść o urodzie, którą potwierdzam ogląda­jąc cię.

Lica księżniczki spłonęły rumieńcem.

  • Wybacz, pani, lecz nie rozumiem, dlaczego tak urodziwa, młoda i powabna białogłowa skazuje się na osamotnienie.
  • To moja sprawa — odparła szybko księżniczka. — Nie odpowiedziałeś, czym usprawiedliwiasz swój niegodny postępek?
  • Chciałem ubiec innych — odpowiedział Herman, uśmie­chając się. — Nie wierzyłem, aby tak piękna wdowa zdołała się uchować w samotności.
  • Tak postanowiłam i tak pozostanie.
  • Och, pani! — skłonił się Herman. — To przedwczesne i nierozważne słowa.

Damrokę tknęło złe przeczucie.

  • Co zamierzasz? — spytała.
  • By nie przedłużać twej niepewności, pragnę ci oznajmić, łaskawa pani, że zdecydowałem się pojąć cię za żonę.
  • Ty łotrze! — krzyknęła gniewnie. — Nigdy się tego nie doczekasz!
  • Gniew dodaje ci urody, pani.
  • Wyjdź!
  • Zgoda — rzekł Herman z niewzruszonym spokojem. — Odpocznij teraz, pani. Zapewne jesteś utrudzona dniem.

Wyszedł i zaraz pojawiła się służebna Rosanna. Przygotowała posłanie, zebrała ze stołu nie tknięte jadło i opuściła komnatę, życząc księżniczce spokojnej nocy.

Damroka jednak nie zmrużyła oczu.

Następnego ranka, i we wszystkie kolejne dni, Herman pona­wiał swoją prośbę o jej rękę, a gdy Damroka uparcie odmawia­ła, postanowił obrót sprawy powierzyć losowi. Liczył na to, że branka, udręczona przymusowym pobytem na jego zamku, uz­na w końcu swój los za beznadziejny, dalszy opór za niecelowy, i ustąpi, przystanie na małżeństwo.

Damroka mogła swobodnie poruszać się po zamku, ale bra­ma i mury były pilnie strzeżone. O ucieczce nie było mowy. To­warzyszyła jej ciągle Rosanna, dziewczyna miła i posłuszna, peł­na współczucia dla swej pani. Bardzo przy tym tajemnicza. Dłu­go nie chciała ulec namowom Damroki i opowiedzieć o swoim losie. Któregoś jednak dnia podczas spaceru wyjawiła całą prawdę.

  • Jestem tu w niewoli — wyznała ze smutkiem. — Herman w czasie jednej z bitew porwał córkę duńskiego księcia Swena. Wnet rozgorzała nowa wojna. Wtedy zgodzono się na wymianę. Żyłam na dworze księcia Swena. Łączyło mnie z jego synem uczucie, któremu nie sprzyjał jednak książę ojciec. Wybrał syno­wi inną żonę, a mnie oddano Hermanowi w zamian za porwaną córkę.

Obecność Rosanny dodawała otuchy Damroce. Dziewczyna była dla księżniczki z Chmielna jedyną życzliwą duszą, rozumie­jącą jej tęsknotę. Jednakże nadzieja na powrót do chmieleńskiego grodu topniała z każdym dniem. Herman był coraz bardziej natarczywy.

Tymczasem Darosława, odczekawszy tydzień, zaniepokojona brakiem wieści od swojej pani, postanowiła sięgnąć po dawny pogański sposób skupiania wokół siebie obcych mocy.

Zamknęła się w komnacie, trzy dni nie jedząc i trzy noce nie śpiąc, wytężając całą wolę, wszystkimi myślami będąc przy Damroce. W końcu tajemne siły stały się posłuszne Darosławie.

Na niebie zaczęły się gromadzić ciemne chmury. Wnet rozsza­lała się burza tak potężna, jakiej najstarsi z najstarszych nie pa­miętali w tych okolicach.

I wtedy, w samym środku wielkiej burzy, z zarośli jeziora, które od śnieżnych łabędzi nazywano Białym, uniosły się dwa wielkie ptaki.

Twarz Darosławy zajaśniała uśmiechem.

  • Lećcie, lećcie, kochane łabędzie! — szepnęła. — Odszukaj­cie moją drogą Damrokę.

Burza szalała przez cały dzień. Damroka, zamknięta w ko­mnacie, spoglądała na wierzchołki sosen miotane wiatrem. Ło­skot piorunów głuszył inne odgłosy. Pod wieczór, kiedy przywy­kła już do wichury i hałaśliwych uderzeń gromów, oddała się rozmyślaniom i odezwała się w niej wielka tęsknota za zaciszem chmieleńskiej samotni i dawnymi rozmowami ze swą powierni­cą.

W tym momencie usłyszała uderzenie w okno. Myślała, że to wiatr, ale stukanie powtórzyło się. Podeszła bliżej i wtedy na tle ciemnego nieba dostrzegła… dwa łabędzie. Zataczały koła, prze­latując przed oknem i za każdym razem uderzając w nie skrzyd­łem.

  • To znak! — Tknięta przeczuciem otworzyła okno. Silny podmuch wiatru wdarł się do wnętrza. Łabędzie zatrzymały się w locie, podsuwając ku księżniczce długie szyje.

To Darosława przysłała je na ratunek! — pomyślała Damro­ka. Wspięła się na okienny murek i mocno objęła szyje łabę­dzi…

Rycerz Herman, zauważywszy niecodzienny widok, wybiegł na dziedziniec. Skrzyknął swoje straże i rozkazał strzelać z łu­ków, by strącić łabędzie.

  • Mierzcie w ptaki! — krzyczał. — Księżniczkę zachować całą i zdrową!

Ale strzały, znoszone przez wiatr, nie dochodziły do łabędzi. Zagniewany Herman sam sięgnął po łuk. Bezskutecznie. On również nie zdołał przezwyciężyć siły wiatru.

Piękne białe ptaki płynęły równo, spokojnie, jakby wiatr je omijał, unosząc w dal Damrokę. Szaty księżniczki poruszały się nieznacznie od lekkiego powiewu łabędzich skrzydeł.

Burza ustępowała. W miarę oddalania się od zamku branden­burskiego rycerza wiatr cichł, niebo jaśniało, aż wreszcie pojawi­ły się błękitne obłoki i tarcza słońca chyląca się ku zachodowi.

Z góry, z wysokości łabędziego lotu Damroka oglądała przesuwające się garby wzgórz, płaszczyzny lasów, mieniących się wieloma odcieniami zieleni, wielkie plamy błękitnych jezior.

Wreszcie z daleka Damroka dostrzegła znajomy zarys grodu. Zbliżała się do Chmielna. Łabędzie obniżyły lot i wkrótce siadły na dziedzińcu. Stanąwszy na ziemi, Damroka ucałowała z wdzięcznością szyje łabędzi, które zaraz odfrunęły ku jezioru.

Naprzeciw księżniczki biegła już stara Darosława. Padły sobie w ramiona, i wiele było przy tym łez radości.

 

Brandenburski rycerz Herman na długo zapamiętał zadziwia­jący widok łabędzi unoszących Damrokę. Zrozumiał, że księżniczkę otaczają nadludzkie moce i zaniechał dalszych starań o jej zdobycie.

Damroka zaś swoje cudowne uratowanie przypisywała nie­biańskim siłom. Długo wznosiła modły dziękczynne, aż wreszcie postanowiła zbudować kościół na wzgórzu nad jeziorem, tam, gdzie jej ojciec chciał niegdyś postawić świątynię Swaroga…

Trzy miesiące trwały prace przy wznoszeniu świątyni. Zwołani z całej okolicy cieśle uwijali się od świtu do zachodu słońca. Zwożono drewno z lasu, ciosano dębowe bierwiona. W końcu stanął kościół. Odtąd w każdy siódmy dzień tygodnia schodzili się zza lasów i jezior wszyscy wyznawcy nowej wiary. Śpieszyli rybacy, bartnicy i cieśle ze swoimi rodzinami. Tego dnia odkładano pracę.

Do kościoła wołały trzy dzwony, roznosząc swój dźwięk nad wodami jeziora, ponad szczytami najstarszych drzew. Dzwony stały się dumą okolicy, podobnie jak złote drzwi, błyszczące i z daleka wskazujące wejście do chmieleńskiej świątyni.

Któregoś dnia, a była to niedziela, w Chmielnie pojawił się książę Świętopełk, ojciec Damroki. Cała gmina chrześcijańska opuszczała akurat kościółek, rozchodząc się po odprawionym nabożeństwie.

  • Kto odważył się zająć to wzgórze?! — krzyknął gniewnie Świętopełk. — Tutaj miał stanąć mój chram Swaroga!
  • To ja, ojcze — przyznała się Damroka. — W tym miejscu, jak widzisz, stoi już kościół. Wznieśliśmy go dla uczczenia chrześcijańskiego Boga.

Świętopełk nie mógł pohamować wściekłości. Odezwała się w nim pogańska natura. Kazał wyłamać złote drzwi kościoła i przykuć do nich Damrokę. Zebrani wokół ludzie z przerażeniem słuchali złowrogiego stukotu młotów skuwających łańcuchy wokół dłoni księżniczki. Złowrogi dźwięk niósł się daleko ponad wodami jeziora.

  • Siostry, bracia! — na czoło stłoczonej grupy chrześcijan wystąpiła Darosława, by bronić swojej pani. — Nie pozwólcie temu  poganinowi…

Ale nie dokończyła, bo w tej samej chwili z rozkazu Święto­pełka zginęła przekłuta włócznią. Ludzie zamarli ze strachu. Co bliżsi i bardziej tchórzliwi chyłkiem umknęli do lasu. Wkrótce na łące pozostała tylko księżniczka rozpięta na drzwiach, okrutny Świętopełk i gromada jego zbrojnych rycerzy.

  • Damroko! Nigdy nie słuchałaś mnie, swego ojca. Teraz wreszcie poniesiesz karę! — grzmiał gniewnie Świętopełk.

Dał znak zbrojnym:

  • Wrzućcie ją do jeziora!

Woje Świętopełka unieśli złote drzwi z Damroką i wrzucili je do wody. Ciężka płyta natychmiast poszła na dno razem z księżniczką.

  • wówczas stała się rzecz dziwna. Z niewielkiej wieży drewnia­nego kościółka zbiegły wszystkie trzy dzwony i podążyły na dno jeziora w ślad za Damroką.

Świętopełk oszalały z gniewu i przerażenia rozkazał:

  • Podpalić tę budowlę!

Długo płonął chmieleński kościółek, przez całą noc oświetla­jąc gładką powierzchnię jeziora. Przerażone łabędzie odfrunęły w różne strony, by już nigdy nie powrócić. Drewniana świątynia spłonęła doszczętnie, nie pozostał po niej najmniejszy ślad.

Jednakże pamięć o Damroce głęboko zapisała się w sercach ludzi z pokolenia na pokolenie zamieszkujących nad jeziorem…

Po wielu, wielu latach, gdy Chmielno stało się rozległą wsią i gdy dawno już wzniesiono nowy kościół, rybacy wyciągnęli sie­ciami złote drzwi. Były przedziwnie lekkie i unosiły się na wo­dzie jakby podtrzymywane dziwną siłą. Mieniły się złotem wzbudzając zachwyt rybaków.

  • One są naprawdę ze złota! — zawołał ten, który pierwszy dostrzegł naprężony sznur sieci. — Będą moje!
  • Nie, należą do mnie! — obruszył się drugi rybak. — To ja zobaczyłem złoty blask w głębi jeziora.
  • A ja rzuciłem sieci w to miejsce! — krzyknął gniewnie trze­ci.

Sprzeczali się, kłócili, odurzeni nadzieją rychłego bogactwa. Każdy z nich myślał tylko o sobie, żaden nie wspomniał o spra­wiedliwym podziale, żaden o tym, aby oddać zdobycz do nowe­go kościoła.

Kiedy głosy ich rozgorzały nienawiścią i gniewem, drzwi na­gle zanurzyły się, jakby nabierając ciężaru, ciągnąc za sobą i rwąc sieci. Poplątane sznury wywróciły łodzie. Przerażeni ryba­cy ratowali już tylko własne życie, płynąc wpław ku brzegowi.

W następnych latach znalazło się jeszcze wielu śmiałków, któ­rzy, podnieceni opowieściami swoich dziadów i ojców o bogac­twie leżącym na dnie, ponawiali próby wydobycia drzwi. Ale nie udało się tego dokonać nikomu.

Złote drzwi do dzisiaj leżą na dnie jeziora.

Kiedyś przypomniały także o swoim istnieniu dzwony.

O drzwiach najczęściej rozprawiali mężczyźni. To był główny temat ich rozmów w karczmach i przy pracy. Kobiety zaś naj­chętniej mówiły o dzwonach. Gwarzyły o tym przed kościołem i na progach swoich domów.

  • Mówiły jeszcze nasze matki — przypominała najstarsza kobieta w Chmielnie — że kiedyś dzwony Damroki wyjrzą z wody. Wszystkie trzy, od największego do małego. Wtedy ten, kto je dojrzy, ma je wyciągnąć na brzeg, dalej już one same wrócą na wieżę. Trzeba jednak zacząć od największego, wtedy dwa mniejsze pośpieszą za nim.

Pamiętano o tych radach, ale dzwony jakoś długo się nie ukazywały. Dopiero któregoś dnia o majowym zmierzchu pewna chmieleńska dziewczyna, idąc do jeziora prać bieliznę, dostrzegła trzy dzwony do połowy wynurzone z wody. Znała starą przypowieść, ale mimo to przestraszyła się. Największy dzwon tkwił w jeziorze najgłębiej i wyglądał na tak ciężki, że zwątpiła, czy  da jej się go wydobyć. Chwyciła więc najmniejszy z nich. W tej samej chwili dwa pozostałe zapadły się w głąb jeziora — i nigdy nikt ich stamtąd nie wydobył. Bo też nigdy więcej nikomu się nie ukazały.

Wydobyty przez dziewczynę z wody najlżejszy dzwon zawisł na wieży kościoła w Chmielnie. Odtąd codziennie cichym, płaczliwym głosem bezskutecznie przywołuje swoje na zawsze utracone rodzeństwo. Monotonnie woła imieniem chmieleńskiej księż­niczki:

Dam-ro-ka, Dam-ro-ka, Dam-ro-ka…

Podobno po burzy, przed zachodem słońca, można nad Jezio­ran Białym nawet dzisiaj zobaczyć na niebie dwa wielkie łabędzie unoszące Damrokę. Trzeba jednak wierzyć w to i być osamotnionym tak jak ona, legendarna księżniczka pomorska.

Napisz do Nas

Czytamy wszystko :)